Ostatnich kilka dni spedzilismy nad nad analizą mediów społecznościowych i gazet w Polsce oraz w Niemczech w zakresie dyskusji o AfD w Niemczech oraz o PiS i Konfederacji w Polsce. Przeczytaliśmy komentarze na Wykopie i na X, teksty „Do Rzeczy”, DW, EURACTIV, WP, „Rzeczpospolitej” i fact checki dotyczące programu AfD. Obraz, który z tego wychodzi, jest prostszy niż studio i bardziej sprzeczny niż jeden slogan.
W 2016 roku Rafał Ziemkiewicz nazwał AfD „trochę takim niemieckim PiS em”. Dekadę później to zdanie wraca jako złośliwość. Cytuje je Radosław Sikorski, gdy Alice Weidel zapowiada wyjście z Schengen. W polskiej prasie i w komentarzach pod wpisami to zdanie działa jak skrót. Dla jednych dowodzi, że europejska prawica jest jedną siłą. Dla innych dowodzi, że analogia od początku była wygodna i nieprecyzyjna. W tej debacie AfD nie jest jedną partią. Jest lustrem. Każda część polskiej prawej strony widzi w nim kogo innego.

PiS od lat łączy dwa instynkty. Z jednej strony europejską solidarność suwerenistów. Z drugiej stary resentyment wobec Niemiec. AfD jest dla tej formacji sojusznikiem przeciw migracji i federalizmowi UE oraz potencjalnym zagrożeniem, gdy Berlin zaczyna mówić językiem własnego interesu. Program AfD nie zawiera rewizji granicy na Odrze i Nysie. Potwierdzają to fact checki i wypowiedzi posłów tej partii. Wystarczą jednak pojedyncze sformułowania, „Mitteldeutschland”, Głubczyce bez polskiej nazwy, język ziomkostw, by w Warszawie znów rozległ się alarm o rewizjonizmie.
Konfederacja Mentzena jest ideowo bliższa AfD niż PiS. Mniej państwa, mniej UE, twardsza polityka migracyjna. Część jej europosłów weszła do grupy budowanej wokół AfD. Na forach pojawia się wtedy zdanie: „AfD to tacy konfederaccy”. I od razu riposta. Konfederacja jedzie po Ukraińcach, AfD jedzie po Polakach. Ten podział wraca przy każdej wypowiedzi niemieckiego działacza o zagrożeniu ze Wschodu albo o Polakach jako „Afroamerykanach Europy”.
Grzegorz Braun stoi jeszcze dalej. Jest królem liczebnym polskiej skrajnej prawicy i pariasem koalicyjnym. PiS publicznie go odcina. AfD, według doniesień z 2024 roku, nie chciała z nim współpracować między innymi z powodu wypowiedzi o Holokauście. Braun nie jest więc „polskim AfD”. Jest osobnym zjawiskiem: katolicko narodowym, antyukraińskim, izolowanym i mimo to rosnącym. Zmienia całą prawicę, nawet jeśli nikt nie chce z nim wspólnego zdjęcia.

Na Wykopie i na X obraz jest ostrzejszy niż w telewizji. Jedni piszą, że AfD jest „bardziej propolska niż Tusk”, bo mówi o tablicach w Dachau i o Polakach jako ofiarach III Rzeszy. Drudzy wyciągają wpisy o Polsce jako większym zagrożeniu niż Rosja i o Bundeswehrze na Odrze. Trzeci sprowadzają sprawę do zdania, które wraca od lat: niemiecki nacjonalista zawsze będzie najpierw Niemcem.
Ciekawy jest empiryczny wyłom. W badaniu cytowanym przez „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i DW wśród mieszkańców Niemiec o polskich korzeniach AfD dostała około 33 procent wskazań, więcej niż w innych grupach migracyjnych. Część Polaków w RFN głosuje więc na partię, której część działaczy Polaków nie znosi. To nie hipokryzja. To hierarchia lęków. Najpierw migracja i ład ulicy, potem historia.
Różni się też stosunek do Ukrainy. W badaniach More in Common elektorat KO jest masowo proukraiński, PiS bliski średniej krajowej, Konfederacja wyraźnie chłodniejsza. Elektorat AfD w Niemczech jest przyjazny Rosjanom bardziej niż Ukraińcom. Tu analogia „AfD równa się PiS” pęka najszybciej. PiS budował tożsamość na antyrosyjskim micie smoleńskim. AfD na wschodnioniemieckim zmęczeniu sankcjami i i wysadzonym w powietrze rurociągu.

Literatura przedmiotu i publicystyka powtarzają tę samą formułę. AfD ma dwie twarze. Jedna to partia przeciw islamskiej migracji, gender i centrali w Brukseli. Druga to niemiecki narodowy egoizm, który w sporze o Nord Stream, reparacje albo ciężarówki na A2 nie będzie solidarny z Warszawą. Dlatego w polskich mediach i w komentarzach internautów AfD nie jest widziana „jak PiS” ani „jak Braun”. Jest widziana jako narzędzie. Dla liberalnego centrum to straszak i dowód, że polska prawica flirtuje z Niemcami, których sama demonizuje. Dla PiS niewygodny kuzyn, przydatny przeciw Tuskowi, niebezpieczny, gdy mówi „najpierw Niemcy”. Dla Konfederacji sojusznik ideowy z gwiazdką przy Polsce. Dla Brauna scena, na którą i tak nie zaproszono.
Zdanie Ziemkiewicza z 2016 roku żyje, bo jest krótkie. Materiał z gazet i forów jest dłuższy. Europejskie prawice łączą wrogowie, nie lojalność. A Odra wciąż jest granicą nie tylko państw, ale też wyobraźni.


Zostaw odpowiedź